SIEĆ NERDHEIM:

PODSUMOWANIE ROKU 2025 – GRY

A pamiętacie, drogie nerdzianki i nerdzianie, że nasz portal nosił niegdyś nazwę „Nie tylko gry”? Nawet jeśli nie, to my w imię pamięci podtrzymujemy właśnie kategorię gier pośród naszych podsumowań. No dobra, bez sentymentalnych tonów – gry były, są i będą nam bliskie i to nie tylko przez dosłowny kontekst odległości, jaka dzieli nas od monitora. Nasi redaktorzy-ogrywacze w różnym stopniu zapełnili przysługujące im pięciostopniowe podium, jak i nie wszyscy skorzystali z – uwaga, uwaga! – nowości, którą jest upublicznienie swoich rozczarowań w rubryce „Zawód roku”. Gotowi? Zatem, jak głosi retro formuła świata gier – „Press start”!

3. Oblivion Remastered

Moim pierwszym spotkaniem z TES był Skyrim, w związku z czym siadałem do tego remastera na świeżo, bez wspomnień i oczekiwań. Rozumiem już, dlaczego oryginał jest kultowy. Mam poczucie, że wystarczająco nie doświadczyłem tej gry, ale gdy ją przechodziłem, niczym topór postaci wisiało nade mną pytanie – czy Microsoft zaraz mi podniesie cenę game passa? Sprawiło to, że skupiałem się bardziej na głównym wątku i nielicznych pobocznych. Mimo to chcę powiedzieć, że zdecydowanie powrócę w przyszłości do Tamriel, by głębiej eksplorować świat. Z perspektywy nowego gracza jedyną wadę widzę w tym, że twórcy chcieli zostawić tytuł jak najbliżej oryginału i nie naprawili bugów. Niestety trafiłem na ten słynny, który występuje w pierwszej połowie gry i sprawia, że finałowy boss nie pojawia się na ostatnią walkę.

2. Battlefield 6

Umieszczenie tego tytułu w topce roku jest dosyć kontrowersyjne i niestety przez model sezonowy może się on bardzo źle zestarzeć. To, co wyrabia się w końcówce pierwszego, przyprawia o smutek i nie zapowiada optymistycznej przyszłości. Wolałbym, żeby BF został przy swoich korzeniach, a nie szedł w kierunku Call of Duty, ale zdecydowałem się umieścić go na liście, bo ostatni raz taką zabawę miałem przy trzeciej odsłonie tej serii. Po prostu mam wielką przyjemność z biegania, strzelania, rozwalania budynków i mnóstwa sytuacji, które można umieszczać w klipach. Nie grałem w dużo tegorocznych premier, dlatego ten tytuł zapewnił sobie nominację.

1. Clair Obscur Expedition 33

O tym tytule już wszystko i wszędzie zostało powiedziane, więc nie będę miał żadnych odkrywczych komentarzy. Gra przeciętna pod względem mechanicznym, ale wizualnie perełka, która rozkochuje w sobie gracza historią. Rzadko zwracam uwagę na ścieżkę dźwiękową i ostatnią grą, w której obecność tejże bardzo wpłynęła na mój odbiór, było GRIS. Pod tym względem „Ekspedycja” w pełni ją detronizuje. Lorien Testard stworzył fenomenalne dzieło, sam zakupiłem je na bandcampie i wracam do niego kilka razy w miesiącu. Po skończeniu gry nie wracałem już do niej, ale słyszałem, że twórcy z czasem dodali darmową zawartość w prezencie i podziękowaniu za wszelkie nagrody. Takie zachowanie zawsze należy chwalić.

4. The Alters

Polska gra science fiction, która zaskakuje nie tylko pomysłem, ale i wykonaniem. Wcielając się w Jana Dolskiego, musimy przetrwać na wrogiej placencie, klonując… samych siebie. Survival i zarządzanie bazą są tu wyłącznie pretekstem do opowieści o tożsamości, wyborach i relacjach. Dobrze napisane dialogi i rozgałęziająca się fabuła sprawiają, że to jedna z ciekawszych produkcji minionego roku.

3. Lost Records: Bloom&Rage

Dontnod udowodniło, że wciąż doskonale odnajduje się w narracyjnych grach przygodowych nastawionych na emocje i relacje między bohaterami. Lost Records to intymna opowieść o pamięci, dorastaniu i wyborach, które wracają po latach. Klimat budowany jest tu subtelnie przez dialogi, muzykę i detale otoczenia. To spokojna, ale angażująca historia dla fanów tęskniących za pierwszym LiS.

2. Clair Obscur Expedition 33

Trudno jest mi się z kimkolwiek spierać. Clair Obscur: Expedition 33 to jedna z najlepszych gier ostatnich lat. Zachwyca dopracowaniem, niezwykle przemyślaną fabułą, która porusza i bez wstydu wyciska łzy. To przykład narracyjnego RPG, w którym emocje są równie ważne jak mechanika, jeżeli nawet nie ważniejsze. Gra, która zostaje w głowie na długo po napisach końcowych.

1. Death Stranding 2

Przez długi czas wydawało mi się, że pierwsze miejsce przypadnie Clair Obscur, ale Hideo Kojima znów mnie złamał emocjonalnie; zwłaszcza w początkowych godzinach produkcji i podczas długiego epilogu. To właśnie tam gra uderza z pełną siłą i przypomina, dlaczego projekty tego japońskiego geniusza tak mocno zapadają w pamięć. Środek wypełnia dobrze znany gameplay polegający na przenoszeniu paczek, tym razem osadzony w zachwycających krajobrazach Australii. Kojima ponownie udowodnił, że potrafi połączyć monotonię działań z kontemplacją i emocjonalną miazgą.

5. Dead Take

Gra niespecjalna i pełna wad, ale jako absolutny maniak symulatorów chodzenia w niepokojącej atmosferze musiałem chociaż jeden tytuł tego typu wcisnąć na listę. Poza tym nie potrafię odmówić sobie obczajenia czegokolwiek, w czym choćby minimalnie brał udział Sam Lake.
Zgadzam się z opiniami, że poziom zagadek skacze od banalnych do randomowych (z wieloma fajnymi pomiędzy). Nie zaprzeczę, czasem gra trochę sama nie wie, w którą stronę ma iść gameplay. Absolutnie jednak kupił mnie unikalny, hollywoodzki setting, psychologiczna męka presji aktorskiego żywota i subtelna, ale niezaprzeczalnie wyrazista, tożsamość wizualna. Całkowicie na kolana powaliły mnie jednak wstawki aktorskie. Wiem, powiecie „film se chłopie obejrzyj”, ale Full Motion Video jednak działa trochę inaczej jako część narracji interaktywnej. Wykonane dobrze wywala immersję ponad skalę, a tu obsada była absolutnie bezbłędna w swoich rolach. Łączenie nagrań to zresztą też najciekawszy element tej nierównej całości.

4. Cronos: The New Dawn

POSLKA ZNOWU GUROM… ekhem. Tak jakby. No bo nie da się ukryć, Cronos: The New Dawn to dla Bloober Team przypieczętowanie sukcesu remake’u Silent Hill 2. Horror, o którym się na świecie gada, a najwięksi horrorowi YouTuberzy podbijają mu zasięg. Trochę jednak z drugiej strony żal, bo największy strach w grze wynika z konieczności przebywania w Krakowie.
Żartuję, oczywiście, ale osadzenie akcji w socjalistycznym klimacie PRL to kapitalny wybór. Bloki z wielkiej płyty i meblościanki nie zawsze są widoczne, fakt, kiedy jednak roztoczą już swój nostalgiczno-przytłaczający majestat na ekranie, to działa to niesamowicie. Dla nas przez rozpoznawalność, dla ludzi z zagramanicy przez egzotyczną naturę takiej warstwy wizualnej.
No dobra, ale co poza tym? A dobry, bardzo dobry nawet, survival horror. Wymagające starcia, zarządzanie ekwipunkiem, body horror na każdym kroku i parszywce pochłaniające poległych towarzyszy. Do tego dochodzi w opór enigmatyczna fabuła wyłożona w dużej mierze za pomocą środowiskowego storytellingu i toporny, choć wielce rozpoznawalny, design protagonistki. Mieli Blooberzy receptę na hit, trochę tylko podpatrzoną z Dead Space’a (nie winię), i wykorzystali ją w pełni.

3. Dispatch

Wreszcie nie muszę na początek przyznawać się, że chwalę jakąś grę „jako fan gatunku/studia/czegokolwiek”. W interaktywne opowiadanki od Telltale nie grałem wcale, nawet nieszczególnie chciało mi się oglądać gameplay’e, więc mogłem tej bardzo filmowej formuły w grach unikać do grobowej deski, ale… superhero! Tak, przecież jestem maniakiem peleryniarstwa, więc musiałem spróbować i okazało się, ku mojemu zaskoczeniu, że powszechne zachwyty są zasłużone.
Przeczytałem gdzieś, że w Dispatch jest więcej faktycznego grania w porównaniu do produkcji zdmuchniętego już z planszy Telltale. Wierzę na słowo, dla mnie nadal to głównie rzecz do oglądania i kliknięcia raz na jakiś czas, również w tych bardziej strategicznych fragmentach. Robotę zrobiła tu dla mnie jednak głównie fabuła i bohaterowie, chemia między nimi, zwroty akcji, emocje. Doświadczyłem tej produkcji faktycznie jak doskonałego serialu z nieco większym ładunkiem immersji i to wystarczyło, by zapisała się w mojej ograniczonej operacyjnie pamięci na lata.

2. Clair Obscur Expedition 33

Drugi raz z rzędu mogę pochwalić grę pomimo całkowitego odklejenia od jej realiów. Nie gram w jRPG prawie wcale (Pokemony się liczą?), a Clair Obscur trzepło mnie tak mocno, że faktycznie zacząłem kalkulować buildy dla jak najlepszej synergii. Na początku nie mogłem ogarnąć tej kuwety, poziom trudności mnie przerastał mocniej niż w najbardziej srogich soulslike’ach. Uparłem się jednak, waliłem głową w mur i udało się.
Po drugiej stronie rzeczonego muru znalazłem zaś historię tak piękną i doskonale zrealizowaną, że kilka razy dostałem palpitacji niezwiązanych ze średnio zdrowym trybem życia i postępującą siwizną. Rozwaliło mnie to, jak w tak czasem abstrakcyjnym settingu można dojrzale poruszyć taki ogrom poważnych tematów i jednocześnie zrobić grę, która jakimś cudem wydaje się totalnie japońska i skrajnie francuska zarazem. Czołówka dekady, zdecydowanie.

1. Death Stranding 2

Nie będę nic tłumaczył. Jestem fanbojem Kojimy, biorę wszystko od niego bezkrytycznie. Pierwszą część symulatora muła bagażowego ukochałem serduszkiem całym. Dwójka to tylko i wyłącznie więcej tego samego w lepszej grafice z kilkoma fajowymi innowacjami. Antycypowałem tak mocno, że codziennie szperałem w internetach w poszukiwaniu nowinek i pomimo tak ogromnych oczekiwań, nie zawiodłem się wcale.

ZAWÓD ROKU: Vampire: The Masquerade – Bloodlines 2

Niby się człowiek spodziewał, ale…
W sumie to jak dobre by Bloodlines 2 nie było, dorównać jedynce (we wrednych oczętach odbiorców) się nie dało. Jak zaczęły docierać, a potem eskalować, doniesienia o pierdzielniku wokół produkcji, jakakolwiek antycypacja powinna w teorii zniknąć w mgłach trzeźwej oceny sytuacji. Nadal, mimo to, jakoś trzymałem się ziarenka nadziei na dobrą grę.
W sumie dostaliśmy produkcję może i niezłą, ale jednocześnie skrajnie niedopracowaną i rażąco odległą od ducha pierwszej części. Uproszczoną i liniową wydmuszkę semi-RPG, która na dodatek kulała żałośnie pod względem technicznym. Pod tym tytułem jednak chciałoby się dostać coś więcej niż kolejny tytuł oczekujący na milion patchy od twórców tylko po to, aby stać się akceptowalną pozycją do zapomnienia po jednorazowym ograniu.


Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Adam "Sumo" Loraj
Adam "Sumo" Loraj
Rocznik '98. Student historii. Sięga w równej mierze po anime, filmy, gry wideo, komiksy i książki. Fan twórczości Hideo Kojimy, Guillerma del Toro i Makoto Shinkaia. Od najmłodszych lat w jego sercu pierwsze miejsce zajmują Pokemony, a zaraz potem Księżniczka Mononoke. Prowadzi i gra w papierowe RPGi, w szczególności w Zew Cthulhu i Warhammera. Za najlepszego światowego muzyka uważa Eltona Johna, a polskiego Jacka Kaczmarskiego. Swoje opowiadania publikował w m.in. magazynach: Biały Kruk, Histeria, Szortal na Wynos lub w antologii Słowiański Horror.
spot_img
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki