SIEĆ NERDHEIM:

PODSUMOWANIE ROKU 2025 – MANGI/ANIME

Jak widać, debiutująca w zeszłym roku kategoria będąca osobistym pieszczochem naszego RedNacza konsekwentnie umacnia swoją pozycję pośród redakcyjnych podsumowań. Wprawdzie lista osób dostatecznie zaangażowanych i zdeterminowanych wciąż ogranicza się do inicjatora, ale tym większe uznanie mu się należy, a i przykład takiej postawy widać daje dobre efekty, gdy spojrzeć na naszą tegoroczną nowość, czyli osobisty ranking k-dram autorstwa Jurkira.

Formuła też bez zmian – oto dziesięć tytułów naprzemiennie obejmujących mangi i anime. W pierwszym przypadku to pozycje, które wydawniczo debiutowały w ubiegłym roku na polskim rynku, w drugim – produkcje, które debiutowały w ubiegłym roku w ogóle, a jaka to jest porcja materiału do przetrawienia, to już tylko koneserzy, zapaleńcy, psychofani gatunku wiedzą. I Rafał, oczywiście.

10. Kolor końca świata (manga)

Gdyby nie to, że przeczytałem Kolor końca świata od Studia JG dopiero pod koniec roku, prawdopodobnie byłoby wyżej na liście. Nie osadziło się jeszcze za dobrze w mózgu, a pewnie się osadzi.
Miałem od razu zamiar porównać ten tytuł klimatem (przynajmniej na początku) do Mushishi, ale przeczytałem podobną opinię na MyAnimeList i poczułem się wtórny. Dlatego ubieram ją tu w kontekst.
Bo to jest trochę takie Mushishi właśnie, niespieszne studium życia i ludzkości. Różnica polega na tym, że w Kolorze końca świata odbywa się to w momencie, w którym ludzkość przestała (prawie) istnieć. Protagonistka jest naszą przewodniczką po poruszających okruchach życia – dosłownie – i też razem z nią poznajemy historię świata zniszczonego przez zarazę. Kilka razy odsunąłem strony od ryja, by wziąć głębszy oddech. Wiele razy zrobiło mi się ciepło na serduszku. Nie podoba mi się tylko zbyt szybkie brnięcie w bardziej scentralizowaną fabułę. Czytam jednak już trzeci tom, wciąż z zapartym tchem. Rysunki też kapitalne, zwłaszcza tak istotne w postapo tła.

9. Gachiakuta (anime)

W zeszłym roku na listę wcisnąłem mangę, więc bezwstydnie teraz polecam anime, jeśli jeszcze komukolwiek trzeba polecać. Opowieść o śmieciowym chłopcu wykorzystującym swoje śmieciowe moce w śmieciowym świecie tylko nabiera tempa i jednocześnie przybywa jej masy.
Takie shōneny to ja lubię. Nie dość, że setting jest oryginalny, to jeszcze warstwa graficzna powala, Kei Urana idzie dziarsko ze swą sztukę w stronę, w którą inni mangacy obawiali się do tej pory nawet patrzeć. Niesamowicie plastyczna, karykaturalna wręcz stylistyka nie umniejsza ani troszeczkę wszechobecnego na każdej stronie brudu. To też znajduje odzwierciedlenie w fabule, jeden do jednego. Tak samo zresztą character design służy do nakreślenia postaci, które następnie są adekwatnie rozbudowywane w ramach narracji, prawie bez wyjątku. W bardzo dużym uproszczeniu, mniej rozdmuchane Naruto zanurzone w rynsztoku i taplające się w nim z gracją.
No i pierwszy opening, który zrywa z większością openingowych konwencji, majstersztyk. Kawałek zagościł na mojej playliście na długie miesiące.

8. Bocchi the Rock! (manga)

„Hehe, to nie dla mnie”. Tak mniej więcej zareagowałem na rekomendację Bocchi the Rock! w moim lokalnym sklepie mangowym. Potem jednak ugryzłem się w język, bo już niejednokrotnie miałem okazję się przekonać, że przez takie założenia tracę tylko i wyłącznie ja.
No i skończyło się tak, że kupiłem ten ładny, sporawy tomik, wróciłem z nim do domu i sobie prychałem z rozbawienia pod nosem co jakiś czas. Może i nie było śmiechu łzy wyciskającego, arteria też mi się ze wzruszenia nie skręciła, ale emocje były, tak na przyjemnym poziomie nieustannie.
Lubię zawsze na takie listy wcisnąć trochę zwyczajnie strawnej rozrywki, aloesu takiego na rozgoryczonego ducha i opowieść o zagubionej w fobii społecznej gitarzystce zagrała w tej tonacji idealnie.

7. Boku no Hero Academia: Final Season (anime)

Ja wiem, że to anime to pasza, koło ideału nawet w snach nie leżało, ale ja bezwstydnie byłem i jestem oddanym fanem, więc zakończenie tej historii było dla mnie wydarzeniem niesamowicie istotnym i w ogólnym rozrachunku nie zawiodłem się jego adaptacją.
Może i pacing trochę szalał między scenami, może i większość wartościowych postaci nie dostała zasłużonego czasu ekranowego (my best boy Kirishima i my best girl Jiro). Zgadzam się, że ogólnie to Mirio powinien dostać One for All i wszystkie problemy świata przedstawionego by się rozwiązały. Prawdą jest też nadużywanie „potęgi przyjaźni”, ale to do tej serii pasuje akurat jak ulał.
Należę jednak też do tego wąskiego grona, które nie pluło jadem na zakończenie mangi, uważam je za całkiem sensowne (choć pospieszne). Anime rozbudowało nieco kontekst dodatkowymi scenami i za to mu chwała. Bez tego jednak nadal byłbym subiektywnie zachwycony. Studio Bones dowiozło po całości, jakość animacji jest kapitalna, starcia satysfakcjonują zarówno wizualnie, jak i ładunkiem emocjonalnym. Zresztą to właśnie serducho w tej serii, czasem naiwne, jest nośnikiem mojego uwielbienia. To, jak potoczyły się historie postaci pierwszoplanowych, jest dla mnie przykładem idealnego wręcz poprowadzenia narracji i z tego wzgórza żywy nie zlezę. Bakugo wygrał ten show, tak w ogóle.

6. Kowloon Generic Romance (manga)

Tak, tak, anime wyszło już jakiś czas temu. Ja się jednak jeszcze nie do końca zdołałem przekonać do oglądania romansideł, nawet podlanych sosem z innego gatunku. Na taki poziom emocjonalnej intymności pozwalam sobie jedynie w wersji czytanej, więc i Kowloon Generic Romance musiało poczekać na wydanie mangi przez Studio JG.
Kiedy jednak już zabrałem się za tę historię, z miejsca stała się jedną z tych, na których kontynuacje czekam najbardziej. Nawet poza osadzeniem akcji w fikcyjnej wersji niesławnego miasta Kowloon, fabuła jest tak daleka od „generycznego” romansu, jak to tylko możliwe. Zaczęło się niewinnie, od wzruszeń i śmiechu spowodowanych niezręcznymi zalotami, a potem przyszedł twist i bezczelnie zrekontekstualizował mi wszystkie wydarzenia pierwszego tomu i obiecał grubą intrygę. Absolute cinema.

5. Clevatess (anime)

Czasem bym chciał być jednym ze zgredów, co to uparcie śpiewają do ołtarzy z podobiznami Kentarō Miury, jak to kiedyś były czasy i już ich nie ma, bo fantasy jest zbyt kolorowe. W świecie anime to taki odpowiednik metalowców uparcie twierdzących, że dobra muzyka skończyła się na Seasons in the Abyss Slayera. Mógłbym wtedy uznać Clevatess za powrót do jedynych słusznych korzeni dark fantasy. Przynajmniej przez pierwsze kilka odcinków.
Na szczęście jednak nie zabiłem sobie mózgu doszczętnie jabolami za młodu, więc mogę docenić w miarę trzeźwo anime, które szacunek do estetyki i brutalności (umiarkowanej) z lat 90. łączy z bardzo dobrą animacją, cudną choreografią walk, miodną chemią między bohaterami i intrygującym światem przedstawionym. W miarę intrygującym, na tyle, na ile to potrzebne w tytule tego typu. To pigułka strawnie mrocznej nostalgii, która nie unika jednak z uporem lekkości, wplatając jednocześnie w klasycznie potworzastą fabułę motywy tak poważne, że bananek na ryju więdnie. Zaskoczenie roku dla mnie.

4. Kagurabachi (manga)

Ninja manga Tarantino, klisza ubrana w tak przepiękne fatałaszki, że jej wtórność jawi się bardziej jako hołd dla wszystkiego, co w fikcji kiedykolwiek istniało, niż jako lenistwo jakiegokolwiek typu. To historia o zemście, ta tożsamość przesiąka każdą stronę, a Takeru Hokazono najwyraźniej naoglądał się filmów w tym klimacie tak mocno, że nie potrafi zrealizować tematu inaczej niż perfekcyjnie. Do tego dochodzi jeden z najbardziej złodupnych i nieoczywistych (w sposób pozbawiony przerysowania) protagonistów, jakich mroczniejsza strona shōnenów widziała.
Zdecydowanie jeden z moich ulubionych tytułów ostatnich lat i irytuje mnie jedynie tak powolne tempo wydawania tomów w Polsce.

3. Takopi’s Original Sin (anime)

Jedna z niewielu pozycji w historii moich popkulturowych wędrówek, które mogę umieścić w kategorii „Genialne, nie polecam nikomu”.
Już przeczytanie nieco szerszego opisu fabuły wystarczyło mi, by stwierdzić z całkowitą pewnością, że prędko się do seansu nie zabiorę. Kiedy już jednak zmierzyłem się z Takopi’s Original Sin, miałem momenty zwątpienia w swoją zdolność kontynuowania. 
Widziałem opinie określające tę serię jako misery porn i rozumiem, ale absolutnie się nie zgadzam.
Tak, przygotujcie się na okrutnie przytłaczającą dawkę najcięższych tematów. Wszystko uderza chyba najmocniej przez słodziaśną stylistykę, bardziej jeszcze czuć, że ta krzywda dotyka dzieci. Atmosfera podkreśla toksyczną naturę forsowanego szczęścia, szkodliwość wiary w rozwiązania uniwersalne w psychologii, wymieniać można bez końca. Dlatego nie zgadzam się z zarzutami, to anime jest zbyt mądre. Uderza boleśnie, ale tylko i wyłącznie tam, gdzie powinno.
Nigdy więcej takich tytułów. Niesamowite.

2. Homunculus (manga)

Krawędziowa ze mnie istotka i uwielbienie do groteski trwać we mnie będzie wiecznie jak niezaleczony refluks, więc musiałem wysoko na liście wstawić debiutującą na naszym rynku mangę autora Ichi the Killer. Szczerze przyznam, że Homunculus to zresztą prawdopodobnie moje ulubione dzieło Hideo Yamamoto.
Żul pozwala sobie wywiercić dziurę w mózgu i zaczyna widzieć straszności. Niby tylko tyle, ale wcale nie, a i tylko tyle w tym przypadku by mi wystarczyło. Daje to podłoże do eksplorowania porytej wyobraźni autora. Zupełnie nie szkodzi fakt, że Yamamoto jest świetnym rysownikiem i jego syfiasty, szczegółowy realizm pasuje do tej wykrzywionej rzeczywistości idealnie.
Poza tym, jak to często bywa w tytułach tego typu, na razie mamy więcej pytań niż odpowiedzi, klimat jest zbyt gęsty, by fabuła mogła się przez niego przebić, a główny bohater jest niemalże antypatyczny. Przyjemnie nie jest, nie ma być. Poproszę więcej.

1. Lato, kiedy umarł Hikaru (anime)

Nawet nie wiem, od czego zacząć. Nie spodziewałem się, że faktycznie trafię kiedykolwiek na horror anime, który mnie zaniepokoi i to nie w taki brudny sposób jak wspomniane wcześniej na liście Takopi’s Original Sin. Lato, kiedy umarł Hikaru zdecydowanie punktuje reżyserią sięgającą po multum niesamowicie skutecznych rozwiązań audiowizualnych, skutecznych jak cholera w ściskaniu żołądka. Przede wszystkim jednak to skrajnie niepokojąca, osadzona w ludowej grozie historia o dojrzewaniu i miłości, w której w sumie bardzo trudno określić, kto jest dobry, kto jest zły, kto samolubny, a kto zwyczajnie zagubiony. To, jak relacja dwójki protagonistów nieustannie wędruje w toksyczne rejony tylko po to, aby ten kontekst został całkowicie przepisany przez wyjątkową naturę jednego z nich, jest niesamowicie mylące i poruszające zarazem. Cieszę się ogromnie, że w dzisiejszych czasach historia zupełnie nienastawiona na akcję może otrzymać adaptację tak wysokiej jakości.
Prawdopodobnie moja ścisła topka ostatnich dziesięciu lat w anime.

ZAWÓD ROKU: One Punch Man s3

No co ja powiem, czego nie powiedziały już tysiące ludzi. One Punch Man zasługiwał na dużo, dużo lepszą adaptację, zwłaszcza w tak istotnym, spektakularnym wizualnie etapie fabuły. Można by też pomyśleć, że opinie po drugim sezonie dadzą trochę osobom decyzyjnym do myślenia, ale nie. Dostaliśmy coś, co nawet nie zasługuje na miano parodii pod względem jakości realizacji. Broni to to się tylko dzięki humorowi, a to przecież zasługa materiału źródłowego.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Piszę o głupotach od kiedy tylko nauczyłem się, jak wyglądają literki. Od fanowskiego systemu RPG w czasach podstawówki i opowiadań w ramach lore uniwersum Warcrafta przeszedłem do kulturowej grafomanii. Od lat prowadzę bloga muzycznego Nieregularnie Relacjonowana Temperatura Hałasu, tylko troszkę krócej działam w redakcji Nerdheim. Jako anglista z wykształcenia język traktuję swobodnie, dopóki spełnia swoją funkcję użytkową, co jest zręcznym usprawiedliwieniem mojego nieposzanowania podstawowych zasad. Zawodowo zajmuję się ubezpieczeniami na rynek USA. Prywatnie katuję skrzeczącą muzykę, tony komiksów (Ameryka, Japonia, Europa w tej kolejności), gry video, planszóweczki i składam modele japońskich robotów.
spot_img
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki