SIEĆ NERDHEIM:

PODSUMOWANIE ROKU 2025 – FILMY

Czas złożyć wyrazy hołdu, uznania i uwielbienia przed ołtarzem Dziesiątej Muzy! A dzięki naszej nowej rubryczce i dołożyć przysłowiową łyżkę dziegciu do gęstych miodów dziękczynnych. Biorąc pod uwagę, że średni czas trwania pełnometrażowych produkcji filmowych z roku na rok ulega wydłużeniu, a tytułów oraz sposobów ich dystrybucji przybywa, ryzyko doznania bezsensu seansu rośnie, więc staramy się i my wam dopomóc w uchronieniu się przed nim. Jeśli zaś nasze redaktorskie rankingi nie przyniosły wam potrzebnych rozstrzygnięć, pamiętajcie, że dopytywanie w komentarzach o miejsca wykraczające poza premiowaną piątkę może przynieść pożądany efekt.

5. Grzesznicy

Film, który zaczyna się jak western o dwóch czarnych braciach, pragnących otworzyć bar dla innych kolorowych, by w połowie niespodziewanie zamienić się w krwawo… muzyczny horror. Seans kompletnie mnie zaskoczył, zwłaszcza jedna z najbardziej elektryzujących scen muzycznych w historii kina. Grzesznicy to jeden z czołowych dowodów na to, że był to naprawdę znakomity rok dla horrorów.

4. Frankenstein

Guillermo del Toro po raz kolejny potwierdza, że jest mistrzem wizualnej opowieści; niemal każdy kadr w jego najnowszym filmie wygląda jak małe dzieło sztuki. Choć historia ma już ponad 200 lat, reżyser w niezwykle świeży sposób ją aktualizuje i reinterpretuje. Przesunięcie punktu ciężkości na relację ojciec – syn nadaje klasycznej opowieści nową, poruszającą głębię.

3. Superman

James Gunn udowadnia, że doskonale rozumie ducha jednej z największych popkulturowych ikon. To Superman, w którym zakochałem się na nowo; dokładnie taki, jak z mojego dzieciństwa, kiedy pierwszy raz czytałem komiksy z jego udziałem.

2. Sztuka pięknego życia

Prosta historia została tu opowiedziana w niechronologiczny sposób, który od pierwszej sceny chwyta za serce i nie puszcza do samego finału. Ogromną siłą filmu jest znakomite aktorstwo oraz wyczuwalna, naturalna chemia między głównymi bohaterami. To kino kameralne, ale emocjonalnie niezwykle intensywne.

1. Better Man – Niesamowity Robbie Wiliams

Pomysł, by Robbiego Williamsa „zagrała” małpa, brzmi jak szaleństwo, ale okazał się strzałem w dziesiątkę. Zabieg ten pozwala opowiedzieć niezwykle intymną – nie tracącą jednak rockandrollowego pazura – i wzruszającą historię jednej z największych legend brytyjskiej muzyki rozrywkowej. To film o sławie, samotności i cenie sukcesu, który zaskakuje szczerością, a po seansie pozostawia coś po sobie.

ZAWÓD ROKU: Queer

Niestety, ale Queer to dla mnie jeden z największych zawodów roku. Początkowo film urzeka plastycznym obrazem Meksyku lat 50., niemal namacalnym poczuciem samotności bohatera i solidnym aktorstwem Daniela Craiga. Im dalej jednak w las, tym wyraźniej widać, że twórcy sami nie wiedzieli, dokąd zmierzają, wskutek czego fabuła zaczyna się rozpadać. Dodatkowo relacja między podstarzałym pisarzem a młodym studentem szybko traci emocjonalną siłę i przestaje angażować.

5. F1: Film

F1: Film dostarczył mi tego, czego się spodziewałem. Joseph Kosinski wyreżyserował kolejny, świetny, letni blockbuster. Perełka audiowizualna – serio, tutaj nie ma ani jednego złego elementu. Wszystko jest świetnie dopracowane, CGI niewidoczne, a użycie nowych systemów kamer to strzał w dziesiątkę. I jasne – historia jest typowa, nie ma w niej miejsca na żadne zaskoczenia, ale nikt tutaj nikogo nie oszukuje, bo chemia między bohaterami jest ogromna. Tylko wątek romantyczny do wyrzucenia. I liczy się przede wszystkim to, co widzimy na torze wyścigowym. Na pewno wrócę jeszcze do tego filmu za jakiś czas.

4. Smashing Machine

Smashing Machine był jednym z bardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów 2025 roku. Kiedy tylko dowiedziałem się o tym projekcie, nie mogłem doczekać się kinowej premiery. Nic na to nie poradzę, ale uwielbiam Dwayne’a „The Rock” Johnsona. Ten charakterystyczny gwiazdor ma w swoim dorobku wiele ról, ale nie ukrywajmy – to przede wszystkim komedie i kino akcji. W końcu dostał poważną rolę, w której poradził sobie wyśmienicie! Atmosfera jest gęsta, a Dwayne skupiony jak nigdy dotąd. To nie jest typowy film o sporcie w stylu Rocky’ego. To dramat o porażkach i tym, jak sobie z nimi radzić. Same walki zostały nakręcone w mało efekciarski sposób i chwała twórcom za utrzymanie i tutaj dokumentalnego sznytu. Kamera jest statyczna, obraz nieostry, naznaczony drobnym ziarnem. Minizoomy świetnie działają, kiedy wchodzą w montażowy takt z muzyką jazzową. Nie obyło się bez paru potknięć, bo samo uzależnienie Marka Kerra i relacja z partnerką to wątki potraktowane bardzo skrótowo. Mimo to, Smashing Machine pozostaje filmem, który zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Rozum mi podpowiada, że to film 7/10, ale serce nokautuje tę opinię i finalnie przyznaje 8/10. Nie tylko ze względu na świetną kreację The Rocka, ale również za dokumentalny, surowy styl i aspekty techniczne.

3. Superman

Nie jestem fanem Supermana. Typ jest praktycznie niezniszczalny, nudny, poważny, z kijem w tyłku takim, że ustawa tego nie przewiduje, generalnie żadnych zalet. Jednak nowego Supermana zrobił James Gunn, więc miliony serduszek, bo kocham typa – przede wszystkim za Strażników Galaktyki i Peacemakera. Kawał rozrywki ze świetnym, charyzmatycznym Davidem Corenswetem i vibe’em Henry’ego Cavilla. To w końcu facet z krwi i kości, którego nie sposób nie polubić. Dostaje łomot od wrogów, kłóci się ze swoją dziewczyną i jest spoko ziomkiem, który ma bekę z tego, że jak założy okulary, to nikt go nie rozpozna. I ma cudownego, niesfornego psiaka! James Gunn przemyca w fabule swoją miłość do zwierząt i zwraca uwagę na problemy rangi międzynarodowej (np. czy chęć niesienia pomocy przez Supermana w innym kraju nie pogorszy sytuacji politycznej). Plus komentarz na temat cancel culture. Jest zabawnie, ale też bez przesady. Reżyser ma szacunek dla wizerunku Supermana osadzonego w świecie social mediów. Fabularnie mogło być nieco lepiej, a CGI momentami kłuje po oczach, ale generalnie – w końcu dostałem film o Supermanie, który szczerze lubię. James Gunn umie w produkcje komiksowe, kocha swoich bohaterów i czuć, że ma serce w odpowiednim miejscu.

2. 28 lat później

Ja już myślałem, że w gatunku zombie nie zobaczę nic nowego. I oczywiście czekałem przy tym na nowy film Danny’ego Boyle’a i Alexa Garlanda, ale sądziłem, że po prostu zachwyci mnie pod kątem technicznym, szczególnie jeśli chodzi o montaż. I owszem, spełnił swoją rolę i nakręcenie go iPhone’ami zwiększa immersję, a stopklatki na nieumarłych, kiedy otrzymują strzał z łuku w szyję są genialne. Jednak jest to również dobrze poprowadzony prolog przed kolejna częścią. Żyjemy tym światem, jego zasadami i czujemy zagrożenie ze strony przepotężnych zombie Alpha. Niepokojący klimat, przebitki ze średniowiecza i charyzmatyczni bohaterowie na czele z Ralphem Finnesem. I sam finał, który podzielił widownię, bardzo doceniam. To zmiana stylistyki, którą w pełni kupuję, bo przecież w tym monochromatycznym świecie musi być miejsce dla kolorowych wariatów, którzy lubią mocną rockową muzykę, prawda?

1. Grzesznicy

Grzesznicy Ryana Cooglera byli na moim celowniku od momentu, kiedy dowiedziałem się, że reżyser Creeda i Czarnej Pantery ponownie łączy siły z Michalem B. Jordanem (i to w podwójnej roli) oraz bierze na tapet tematykę wampiryczną. Nie sądziłem jednak, że będzie to aż tak wspaniały film. Grzeszników trudno jest sklasyfikować. To dramat społeczny, film muzyczny, ale również thriller i horror. Najmniej tutaj komedii i szanuję to, że Coogler płynnie przechodzi z gatunku do gatunku, nie wprowadzając niepotrzebnych humorystycznych akcentów. To kino przez duże K. Eleganckie, subtelne, świetnie nakręcone (moment zmiany formatu tak buduje historię, że nie mam pytań), ale też niepozbawione pazura i okrwawionego zęba wampira. Znalazło się też miejsce na magię i łączenie epok historycznych. Cudowny miks różnych nurtów i o dziwo – wszystko się ze sobą perfekcyjnie łączy. Odważny, bo nie celuje w konkretnego widza. Nie śpieszy się z opowiadaniem historii, płynie do celu swoim tempem. Zdecydowanie mój film 2025 roku.

ZAWÓD ROKU: Uciekinier

Kocham Edgara Wrighta. Uwielbiam jego sposoby łączenia muzyki z montażem i produkcje pełne humoru oraz świetnego aktorstwa. Wystarczy wspomnieć Hot Fuzz, Wysyp żywych trupów czy Baby Driver. Czekałem od dawna na Uciekiniera i niestety – to film, w którym trudno odnaleźć ów charakterystyczny styl reżysera. Owszem, ma świetnego Glena Powella, ale co z tego? Nieprzewidywalność fabuły jest bardzo przewidywalna i zamiast oferować intrygujące plot twisty, serwuje nam masę schematów, a także dziur logicznych, nawet w postępowaniu głównego bohatera. On wie, jakimi zasadami kieruje się świat przedstawiony. Telewizja kłamie, a on i tak potrafi uwierzyć w proste triki producentów. To bardzo monotonny seans bez wyjątkowych aspektów technicznych i nieco bez serca dla bohaterów. Miał to być mój ulubiony film 2025 roku, a wyszło rozczarowanie. Szkoda.

5. Szpiedzy

O dobre, ociekające stylem kino szpiegowskie jest ostatnio tak trudno, że nawet umiarkowanie niezłe filmy wydają mi się niesamowite i wcale się tego nie wstydzę.
Szpiedzy Soderbergha to przede wszystkim film bardzo, ale to bardzo magnetyczny, wizualnie i klimatycznie, atrakcyjny wręcz. Absolutna romantyzacja szpiegowskich realiów, w której gęstość intrygi staje się niemalże intymna. Najbardziej punktuje tu jednak rola Fassbendera, szpiega rozkraczonego w szpagacie między wiernością w stosunku do żony i poczuciem obowiązku. To jeden z moich ulubionych aktorów (chyba od czasów Franka z 2014 roku) i na pewno wpływa to na moje wrażenia, ale jego kreacja skrajnie pedantycznego profesjonalisty, który za wszelką cenę próbuje ogarnąć straszny pierdzielnik, nie niszcząc sobie przy okazji życia, jest perfekcyjna. I bez tego oglądałbym z przyjemnością. Ten szczegół jednak wcisnął Szpiegów na moje podium.

4. Superman

Do piachu z wszystkimi malkontentami, którzy narzekają na cukierkowość, kolorki i humor w Supermanie Jamesa Gunna. Czytali wy kiedykolwiek jakiś komiks o Człowieku ze Stali? Chociaż jeden? Taki naprawdę dobry?
Tak, to plastikowy blockbuster przeładowany komputerowo wygenerowanymi laserami z dupy i naiwnym idealizmem, ale właśnie na takie coś czekałem. Serce na dłoni, odrobina ludzkiej słabości, poruszające sceny z rodzicami, kapitalna chemia z Lois Lane. Mogło być lepiej, dostałem jednak i tak więcej, niż się spodziewałem. Doceniam zwłaszcza za dawkę nadziei i bezpośrednie odniesienia do obecnej rzeczywistości, nawet jeśli były one skryte pod płaszczykiem fikcji.

3. Oddaj ją

Kiedy pierwszy raz dowiedziałem się, że bracia Philippou będą robić filmy, parsknąłem z politowaniem. Dwa filmy później uważam ich za jednych z najbardziej obiecujących twórców w nowej fali horrorowej świeżości.
Z jednej strony, tak samo jak w przypadku Mów do mnie, teoretycznie koła na nowo nie wynaleźli. Jest nadnaturalna groza i poprzez nią wypływa dosyć oczywista metafora problemów psychicznych bądź społecznych. Zachwyca jednak pomysłowość względem straszności i rozwaga w rozdłubywaniu tego drugiego dna, nawet pomimo często wyśrubowanej brutalności. Oddaj ją mówi o wielu rzeczach, głównie o radzeniu sobie ze stratą i tęsknocie, ale w swoich rozważaniach sięga również dużo dalej. Przy okazji ucieka od bezpiecznych, utartych norm dzisiejszego kina grozy. Mnie obecnie wystarczy już choćby minimalnie oryginalny pomysł na hook horroru i jestem gotów bić twórcom pokłony; za dużo już duchów i opętań. Braciom Philippou jestem więc już gotowy budować ołtarzyk.

2. Bez wyjścia

Trochę mi głupio, że od czasów Oldboya nie widziałem żadnego filmu Chan-Wook Parka. Na pewno nadrobię.
W przeciwieństwie do innych filmów na mojej liście, jest spora szansa, że tego nie widzieliście. Uniknę więc rozwachlowywania mgiełki tajemnicy. Polecę tylko wszystkim, którzy trochę się zatracili w kapitalizmie, lękającym się rynku pracy i świadomym słabostek męskiego ego. To momentami przerażająca, momentami absurdalnie zabawna karykatura obecnego świata. W rękach tak sprawnego reżysera mogło wyjść z tego jedynie znakomite kino i przysięgam: ten film z wami zostanie.

1. Zniknięcia

Boziu droga, więcej takiego kina poproszę. Nie będę się rozpisywał, ryzykowałbym zniechęcenie części niezdecydowanych. Powiem jedynie, że Zniknięcia to film absolutnie samoświadomy, zdolny do wzbudzania w widzu prawdziwego niepokoju, ale jednocześnie wręcz metanarracyjnie świadomy swojego charakteru jako dzieła fikcyjnego. Zabrzmi to pretensjonalnie, jestem jednak pewny, że narzekania na pewne decyzje w tym filmie wynikają z nieprzyzwyczajenia odbiorców do tytułów, w których autor bawi się konwencją i nie ma kija w tyłku. Kino dla kina, ale i dla widza gotowego na zaskoczenia, na odejście od konwencji, nawet całkowite. Przy okazji zaznaczę: nie, nie uważam Zniknięć za czarną komedię.
W sumie i bez tego niekonkretnego (unikam spoilerów) bełkotu większość filmu sprawdza się jako bardzo dobry horror z nietuzinkowym założeniem, świetną reżyserią i znakomitą obsadą. Resztę, nawet jeśli was nie zachwyci, wypada przynajmniej przeboleć.

ZAWÓD ROKU: Thunderbolts

Czy Thunderbolts to zły film? No nie, ale dostał potężnego sierpowego od ogromnych oczekiwań i wylądował u mnie przez to w strefie rozczarowań. Wiem, że po serii porażek w MCU jakikolwiek przebłysk jakości był jak perła na dnie szamba. Thunderbolts jednak, według części odbiorców, miało być powrotem do formy sprzed lat. Nie było. Ten film jest zwyczajnie miałki. Z braku lepszego określenia, każdy aspekt wydawał mi się niedorobiony. Niewykorzystany potencjał mógłby znaleźć się w podtytule. Nie wiem też, co Marvel planuje dalej zrobić z Sentrym, ale na chwilę obecną raczej oddechu nie wstrzymuję. Nowa Fantastyczna Czwórka była znacznie lepsza. Nadal niedostatecznie dobra, by znaleźć się na liście moich ulubionych filmów, ale jednak.

5. Boys go to Jupiter

Każdego roku do moich topek trafia coś z festiwalu Animator, poznańskiego święta animacji, fundującego mi niezmiennie wzruszenia i zadziwienia. Tu należy się wam jedna uwaga – 2025 to polska premiera filmu, światowa była rok wcześniej. Boys go to Jupiter to rzecz zabawna, oniryzująca (czytaj: zasadniczo wszystko idzie fabułą, ale zdarzają się wycieczki), nienachalnie opowiadająca o współczesności i pogoni za pieniądzem. Główny bohater stara się zarobić konkretną sumkę jako dostawca jedzenia, ale mobilność wpycha go co jakiś czas w zupełnie nieoczekiwane konteksty. Wyjdź z domu, a napadnie cię przygoda… albo kawałek muzyczny.
To bardzo słoneczny film, nienaiwne feel good.

4. Grzesznicy

Moje zdanie podziela część redakcji i kapituła Oscarów – wampiry i blues to to, czego w 2025 potrzebowaliśmy i co dostaliśmy w brawurowym wykonaniu. Fabularnie ten film jest prosty jak dowolna inna historia o nieśmiertelnych krwiopijcach. I z tym w zasadzie miałam trochę problemu, bo zostają oni uznani za element niepożądany i zły, zasługujący jedynie na eksterminację. Finałowa scena nieco łagodzi ten wydźwięk – dzięki niej ten film uległ w moich oczach pewnej rehabilitacji. Przyznaję też, że jest coś odważnego w sprawieniu, że widz(ka) żałuje głównego złola, gdy ten przegrywa. Jestem przekonana, że to efekt zamierzony. Ale muzyka! Muzyka w Grzesznikach to wspaniały blues i trochę irlandzkiego folku, czyste złoto, przez które od razu zapragniecie zapisać się do chóru albo kupić jakąś kolekcję klasyki na winylach. I za to właśnie pokochałam ten film, mroczny, ciężki, transowy musical wychodzący poza granice gatunku.

3. Cisza o świcie

Czas na coś bardziej niszowego, chińskie kino autorskie. Cisza o świcie była dostępna w ramach Festiwalu Pięć Smaków i to jedynie w kinach. Polujcie na nią, gdyby tylko trafiła do jakiejkolwiek dystrybucji. To specyficzny film o pewnym młodym lingwiście piszącym pracę o początkach ludzkiego języka i to w czasach Lucy. Jest tu wątek naukowy (czy australopiteki były fizycznie zdolne do mowy?), ale przede wszystkim chodzi o relacje dziecko – matka w pokoleniu naznaczonym polityką jednego dziecka. Uwaga, ostatecznie spocą wam się oczy. Reżyser Xin Zhu stworzył kino bardzo intymne, osobiste i czułe, eksplorujące różne historie i plany czasowe, które zbiegają się gdzieś w okolicach umysłu i serca głównego bohatera, jedynaka i analitycznie myślącego naukowca, a jednocześnie samotnego wrażliwca.

2. Obecność 4: Ostatnie namaszczenie

Jestem fanką Obecności i nie wstydzę się do tego przyznać. Trochę „głupiej” mi wytłumaczyć, skąd to uwielbienie… Otóż ten horror jest jednocześnie idealnym romansem i historią o rodzinie, prawie jak Szybcy i wściekli. Siła Warrenów nie tkwi w niczym bardziej mistycznym niż ich relacja. O ile trzecia część cyklu zupełnie olała ten wątek (i była dla mnie kompletnym zawodem), czwórka nadrabia to z nawiązką. Jeśli w grozie lubicie raczej grozę, to Ostatnie namaszczenie was nie zachwyci. Efekty specjalne też bywają tu przesadzone (zwłaszcza dla pokolenia Z Archiwum X). Ale dacie się w to wszystko wkręcić, bo nieszczęście kolejnej rodziny dotkniętej paranormalną plagą i determinacja Warrenów wciąż są przekonujące. No i warto się zapatrzyć na stroje Elaine i Judy. Ten film mógłby być lepszy tylko wtedy, gdyby Ed znowu coś zaśpiewał…

1. 28 lat później

28 lat później to film, na który najbardziej w 2025 czekałam i który ani trochę mnie nie zawiódł. Nawet jeśli nie było w nim TEGO BOHATERA. Boyle i Garland wciąż kręcą swój Dzień Tryfidów w wersji zombie, robiąc z tego jednocześnie filmy autorskie i bezpardonowe. Trochę obawiałam się, że perspektywa dziecka będzie dla mnie ciężka do strawienia, może zbyt melodramatyczna lub naiwna, ale twórcy nie pozwolili, by cokolwiek stępiło im pazury. Nie będę was katować fabułą, na pewno słyszeliście o niej nie raz. W 28 latach zachwyciły mnie smutek i groza pandemicznego świata skontrastowane z nadludzkimi wysiłkami w podtrzymywaniu kameralnej intymności lub chociaż człowieczeństwa rozumianego jako momenty spokoju i odpoczynku (troszkę cytuję tu już Świątynię czaszki). No i wizja zarośniętego, pełnego wręcz agresywnej zieleni UK.

ZAWÓD ROKU: Brzydka siostra

Naprawdę miałam nadzieję, że horrorowy retelling baśni o Kopciuszku coś mi powie o życiu i feminizmie. Ostatecznie za dużo z horroru w nim nie było (umówmy się, tasiemce to nie horror, o ile uznajemy różne oblicza manii odchudzania za faktyczną grozę), a całość co jakiś czas wpadała w dołki zachwytu nad własną głębią i obrazoburczością. Ta ostatnia, dodajmy, była jednak uładzona i drobnomieszczańska.
Coś jak Substancja, którą mamy w domu, czyli bierzemy kino kampowe, ale trochę je wyczesujemy, bo idzie w multipleksie. Łyse i bezzębne.

Bądź na bieżąco z naszymi recenzjami. Obserwuj Nerdheim w Google News

komentarze

Subskrybuj
Powiadom o
guest
To pole jest wymagane. Przed jego zaznaczeniem koniecznie zapoznaj się z podlinkowanym dokumentem
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie kometarze
Rafał "yaiez" Piernikowski
Rafał "yaiez" Piernikowski
Piszę o głupotach od kiedy tylko nauczyłem się, jak wyglądają literki. Od fanowskiego systemu RPG w czasach podstawówki i opowiadań w ramach lore uniwersum Warcrafta przeszedłem do kulturowej grafomanii. Od lat prowadzę bloga muzycznego Nieregularnie Relacjonowana Temperatura Hałasu, tylko troszkę krócej działam w redakcji Nerdheim. Jako anglista z wykształcenia język traktuję swobodnie, dopóki spełnia swoją funkcję użytkową, co jest zręcznym usprawiedliwieniem mojego nieposzanowania podstawowych zasad. Zawodowo zajmuję się ubezpieczeniami na rynek USA. Prywatnie katuję skrzeczącą muzykę, tony komiksów (Ameryka, Japonia, Europa w tej kolejności), gry video, planszóweczki i składam modele japońskich robotów.
spot_img
Włącz powiadomienia OK Nie, dzięki